zainspirowana frykasami pewnej u postanowiłam wpaść i coś dodać ... czy ująć. ten blog mnie ujął właśnie
jedzenie. miłość. jedzenie z miłością. też mnie ujmuje...
niedziela, 2 czerwca 2013
niedziela, 17 lutego 2013
szaruga nie długa, nie krótka... lecz w sam raz...
szare życie mam... od czarnych dni i białych nocy ... daj boże więcej błękitności.
piątek, 30 listopada 2012
prawie zima zawitała
a ja mała... ciągle mała...
czterolatek ( tak, tak... minął prawie rok) śpi.
a życie moje jak zwykle... buszuje po lodówce , po nocach, po-pieprzone,
nie po-bożne...
po-trzebne ...
czterolatek ( tak, tak... minął prawie rok) śpi.
a życie moje jak zwykle... buszuje po lodówce , po nocach, po-pieprzone,
nie po-bożne...
po-trzebne ...
sobota, 18 lutego 2012
czereśnie pod koniec lutego... ot wymyśliła...
zima mnie oziębiła. mam nadzieję, że jak stopnieje to pieprzone białe, to zajrzę słońcu w oczy i się zazielenię. potrzebuję odświeżenia... trochę jak dom wiosennych porządków. (już) trzylatek nawet mi trochę pobladł z braku możliwości wylatania się po zielonej trawce. ja sama zamieniam się w królową śniegu zbyt często ostatnio i mrożę otoczenie. producent też soplem się ostatnio wydaje. jakaś taka zimowa cisza i szron na wnętrznościach.
no i za czereśniami tęsknię...
poniedziałek, 3 października 2011
gorycz poranka i słodycz jesieni dopiero w późnym wieku się ceni. Jak to pan Sztaudynger powiedział.
a ja marznę od samego gorzkiego poranka mimo iż słodka ta jesień i słoneczna tego roku. drapanie w gardle, co jest poniekąd efektem sobotniego "wychodzę tylko na chwilkę" i dreszcze wcale mi nie osładzają początku tygodnia. z chwilki w sobotę zrobiła mi się wieczność, bo świadomość odzyskałam dopiero rano, kiedy o rzeczywistości i świecie realnym przypomniał mi nieprzeciętny ból głowy i "mamo ja chcę sikuuu!!!" nawet niedzielne słońce i malownicze krajobrazy parku do którego wywlókł mnie dwulatek nie poprawiły mi nastroju. no cóż, idę zjeść jakieś cudo na choroby wszelakie jak zapewnia ulotka i do roboty się zabrać, bo jak tak dalej pójdzie to nie z własnej woli zyskam dużo czasu na chorowanie i leżenie plackiem w domu.
wtorek, 30 sierpnia 2011
człowiekowi to się tak nic nie chce
że aż strach pomyśleć, co by się mogło stać, jakby mu się zachciało choć odrobinkę.
dwulatek zamienia się w trzylatka, trzydziestolatek zamienia się ... też w trzylatka i nawet letni wypas w towarzystwie zagranicznych fal nie ukoił moich poszarpanych na strzępy resztek nerwów.
moja aktywność co pół roku tutaj świetnie oddaje chęć chceniamisię.
dwulatek zamienia się w trzylatka, trzydziestolatek zamienia się ... też w trzylatka i nawet letni wypas w towarzystwie zagranicznych fal nie ukoił moich poszarpanych na strzępy resztek nerwów.
moja aktywność co pół roku tutaj świetnie oddaje chęć chceniamisię.
niedziela, 23 stycznia 2011
Milczenie jest złotem... Potem. J.I. Sztaudynger
w jakimś takim frywolnym nastroju wstałam... praktycznie bez powodu a nawet dodam, że programowo nie powinnam i raczej we wściekłości codziennej otwieram oczy zazwyczaj... dziś jednak jakoś tak lekko mi się wstawało i z dobrym humorem. możliwe że to wynik wczorajszej brawurowo wypitej butelki prosecco. nieeleganckie sytuacje jakie mi przyszły na myśl dziś rano, na trzeźwo mi nie przychodzą do głowy więc albo mnie jeszcze trzyma albo się pochorowałam.
styczeń leci tak szybko ze niebawem pewnie będzie maj. w trójce leci piosenka o "plaży, dzikiej plaży, morzu dookoła", przyklejam nos do szyby - śnieg. wszystko jest nie tak. ale humor mi dopisuje mimo wszystko. rzadkość.
bez sensu się pisze w dobrym nastroju, taka popaprana radość nie pozwala się wypisać, nawet do babrania po blogu trzeba być ciut nieszczęśliwym, melancholijnym, mniej lub bardziej zrozpaczonym, posępnym lub chociaż smutnym. idę sobie zepsuć humor. posprzątam.
styczeń leci tak szybko ze niebawem pewnie będzie maj. w trójce leci piosenka o "plaży, dzikiej plaży, morzu dookoła", przyklejam nos do szyby - śnieg. wszystko jest nie tak. ale humor mi dopisuje mimo wszystko. rzadkość.
bez sensu się pisze w dobrym nastroju, taka popaprana radość nie pozwala się wypisać, nawet do babrania po blogu trzeba być ciut nieszczęśliwym, melancholijnym, mniej lub bardziej zrozpaczonym, posępnym lub chociaż smutnym. idę sobie zepsuć humor. posprzątam.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
środa, 15 grudnia 2010
środa, 17 listopada 2010
Cierpliwość trzeba mieć anielską, ażeby znosić własne cielsko
Sztaudynger... jak zwykle
wczoraj byłam bliska o krok od pójścia w miejsce udręk jakim jest siłownia żeby pozbyć się tego co mi narosło na ciele. mąż mnie jednak nakłonił do tego żeby spędzić z nim miły wieczór po długiej jego nieobecności, po czym uraczył przed snem słodkim stwierdzeniem "chyba jednak przytyłaś"
jęk szloch i awantura. można sobie wyobrazić moje argumenty, że to przez niego w związku z tym brzydka jestem (albo przynajmniej będę) i takie tam standardowe. nie schudłam w każdym razie od tego wiec pewnie czeka mnie jednak ta wizyta w wytworni potu. bądź tu babo normalna... i szczupła, nakarmi cię odwiedzie od pomysłu odchudzania i poczęstuje na deser "przytyłaś złotko".
na domiar złego przed jego powrotem zakupiłam produkty odmładzająco upiększająco oszukujące na twarz, nie powiem, poprawiły moje oblicze ale tego tez nie zauważył. podły.
zauważył natomiast nową "paskudną" lampkę w kuchni, brak kwiata na parapecie (a się tak do niego przyzwyczaił) i nowy (brzydki oczywiście!) czajnik do parzenia herbaty.
z prezentów przywiózł dwie śmierdzące torby prania, stare wymagania, foszki oraz drobne pretensje.
wszystko wróciło do normy w każdym razie.
dwulatek był wniebowzięty jak zobaczył tatusia i nie odstępował go o krok. co więcej, jak zwrócę dwulatkowi uwagę, biegnie sie do niego pożalić, przytulić, dać buzi i razem tak siedzą i patrzą na mnie z niewypowiedzianą pretensją , zastygłą na obliczu. jaki ojciec, taki dwulatek.
wczoraj byłam bliska o krok od pójścia w miejsce udręk jakim jest siłownia żeby pozbyć się tego co mi narosło na ciele. mąż mnie jednak nakłonił do tego żeby spędzić z nim miły wieczór po długiej jego nieobecności, po czym uraczył przed snem słodkim stwierdzeniem "chyba jednak przytyłaś"
jęk szloch i awantura. można sobie wyobrazić moje argumenty, że to przez niego w związku z tym brzydka jestem (albo przynajmniej będę) i takie tam standardowe. nie schudłam w każdym razie od tego wiec pewnie czeka mnie jednak ta wizyta w wytworni potu. bądź tu babo normalna... i szczupła, nakarmi cię odwiedzie od pomysłu odchudzania i poczęstuje na deser "przytyłaś złotko".
na domiar złego przed jego powrotem zakupiłam produkty odmładzająco upiększająco oszukujące na twarz, nie powiem, poprawiły moje oblicze ale tego tez nie zauważył. podły.
zauważył natomiast nową "paskudną" lampkę w kuchni, brak kwiata na parapecie (a się tak do niego przyzwyczaił) i nowy (brzydki oczywiście!) czajnik do parzenia herbaty.
z prezentów przywiózł dwie śmierdzące torby prania, stare wymagania, foszki oraz drobne pretensje.
wszystko wróciło do normy w każdym razie.
dwulatek był wniebowzięty jak zobaczył tatusia i nie odstępował go o krok. co więcej, jak zwrócę dwulatkowi uwagę, biegnie sie do niego pożalić, przytulić, dać buzi i razem tak siedzą i patrzą na mnie z niewypowiedzianą pretensją , zastygłą na obliczu. jaki ojciec, taki dwulatek.
sobota, 13 listopada 2010
Jan Izydor Sztaudynger
...Co robimy od stuleci? Dzieci...
moje dwuletnie przywitało mnie rano niespotykaną miłością i przylepieniem totalnym do mojej nogi. jak nigdy. jak wyjdę z fabryki dochodu kupię jej coś szałowego. a co, jednego mam dwulatka, rozpieścić trzeba.
piątek, 12 listopada 2010
sugar baby
brak ci emocji ?
-pogadaj z teściową na drażniące tematy, takie jak różnica miedzy emulgatorem a konserwantem
i ich zawartość w ciastkach które potajemnie podjada dwulatek
nie masz z kim pogadać o emocjach wyzwolonych przez wyżej wymienioną?
- zadzwoń do męża, uspokoi cię standardowym "eeeeeeeee tam..."
podwójnie wściekła nie wiesz co zrobić?
-napij się. to akurat pomaga. zawsze.
padam na pysk po całym dniu. w pracy miał być spokojny długo-łikendowy piątek a był nieproporcjonalny zapieprz i stawanie na głowie z akrobacjami godnymi cyrku balszoj.
wróciłam pół żywa i MIAŁAM odpocząć. mała wojna o cukier i E202 zabiła mój święty spokój. ja siedzę wściekła natomiast sprawczyni chrapie spokojnie w pokoju obok.
niechże wraca już wyrodny mąż bo tracę nerwy, zmysły i inne za wyjątkiem kilogramów. tyję z rozpaczy. ale tych ciastek nie tknę nawet ja.
-pogadaj z teściową na drażniące tematy, takie jak różnica miedzy emulgatorem a konserwantem
i ich zawartość w ciastkach które potajemnie podjada dwulatek
nie masz z kim pogadać o emocjach wyzwolonych przez wyżej wymienioną?
- zadzwoń do męża, uspokoi cię standardowym "eeeeeeeee tam..."
podwójnie wściekła nie wiesz co zrobić?
-napij się. to akurat pomaga. zawsze.
padam na pysk po całym dniu. w pracy miał być spokojny długo-łikendowy piątek a był nieproporcjonalny zapieprz i stawanie na głowie z akrobacjami godnymi cyrku balszoj.
wróciłam pół żywa i MIAŁAM odpocząć. mała wojna o cukier i E202 zabiła mój święty spokój. ja siedzę wściekła natomiast sprawczyni chrapie spokojnie w pokoju obok.
niechże wraca już wyrodny mąż bo tracę nerwy, zmysły i inne za wyjątkiem kilogramów. tyję z rozpaczy. ale tych ciastek nie tknę nawet ja.
czwartek, 11 listopada 2010
masz babo placek
ze śliwkami...
o! taki jestem king bruce lee!
jestem w trakcie 4 pkt a ciasto w piecu siedzi! sama sobie zazdroszczę organizacji. ha!
idę rzucić czar snu na dwulatka i polatam na miotle.
o! taki jestem king bruce lee!
jestem w trakcie 4 pkt a ciasto w piecu siedzi! sama sobie zazdroszczę organizacji. ha!
idę rzucić czar snu na dwulatka i polatam na miotle.
środa, 10 listopada 2010
zasłyszane na plaży...
-śmierdzi mi w domu rybą smażoną 4 dni temu
-przypal se mleko...*
*z dedykacja dla D1
-uważaj komu puszczasz linka do bloga, wielki brat patrzy....
-dziś w pracy miałam taki niewiarygodny i nieoczekiwany zapieprz, że ledwo co ogarniam*
* z dedykacją dla D2
adieu, lecę przypalić mleko i odpocząć po nawale którym poczęstowała mnie korporacja
-przypal se mleko...*
*z dedykacja dla D1
-uważaj komu puszczasz linka do bloga, wielki brat patrzy....
-dziś w pracy miałam taki niewiarygodny i nieoczekiwany zapieprz, że ledwo co ogarniam*
* z dedykacją dla D2
adieu, lecę przypalić mleko i odpocząć po nawale którym poczęstowała mnie korporacja
łikent is kaming
też mi długi łikent. długi bo mam tylko długi a wolny mam tylko czwartek bo wszyscy maja wolny czwartek. państwo nam dało. pracodawca dał niektórym urlop na piątek a mi dał na piątek robotę a na sobotę tez robotę. ot taka sprawiedliwośc w świecie korporacji.
na czwartek plan wygląda koszmarnie:
1. odsprzatać pomieszczenie życiowe
2. zrobić 3 pralki prania - jedna dziecka, druga moja, trzecia męża nieobecnego od tygodnia (jak on to robi...)
3. zrobić zakupy nie obowiązuje bo sklepy zamknięte wiec nie zdechnąć z głodu pilnując pustej lodówki
4. nie zapomnieć o wyczerpującej i niekończącej się zabawie z dwulatkiem hodowanym od łikendu do łikendu (taka ze mnie matka pracująca) ponadto... otoczyć miłością, wyprowadzić na spacer, nakarmić, naoglądać się wspólnie bajek, najeść się wspólnie chrupek, naukładać domków z klocków dla całej trzody chlewnej z plastiku jaką posiada od niedawna.
5. nie upić się zanim nie zaśnie
6. nie paść trupem przed 19:00 bo nieśpiące młode może narobić szkód pod moja nieobecność intelektualną
7. zatelefonować do dawcy kodu genetycznego dwulatka i zapytac o zdrowie, samopoczucie, pogodę i takie tam czy kocha czy tęskni i kiedy wróci do rzeczywistości
8. nie oszaleć i się nie popłakać (na pierwsze chyba ciut za późno na drugie szanse są wielkie)
9. zapaść w sen co najmniej 6 godzinny
masa tego. aż sie boję że się ograniczę do pkt 9 zaraz po wypełnieniu misji z pkt 4...
idę się opalać.
na czwartek plan wygląda koszmarnie:
1. odsprzatać pomieszczenie życiowe
2. zrobić 3 pralki prania - jedna dziecka, druga moja, trzecia męża nieobecnego od tygodnia (jak on to robi...)
3. zrobić zakupy nie obowiązuje bo sklepy zamknięte wiec nie zdechnąć z głodu pilnując pustej lodówki
4. nie zapomnieć o wyczerpującej i niekończącej się zabawie z dwulatkiem hodowanym od łikendu do łikendu (taka ze mnie matka pracująca) ponadto... otoczyć miłością, wyprowadzić na spacer, nakarmić, naoglądać się wspólnie bajek, najeść się wspólnie chrupek, naukładać domków z klocków dla całej trzody chlewnej z plastiku jaką posiada od niedawna.
5. nie upić się zanim nie zaśnie
6. nie paść trupem przed 19:00 bo nieśpiące młode może narobić szkód pod moja nieobecność intelektualną
7. zatelefonować do dawcy kodu genetycznego dwulatka i zapytac o zdrowie, samopoczucie, pogodę i takie tam czy kocha czy tęskni i kiedy wróci do rzeczywistości
8. nie oszaleć i się nie popłakać (na pierwsze chyba ciut za późno na drugie szanse są wielkie)
9. zapaść w sen co najmniej 6 godzinny
masa tego. aż sie boję że się ograniczę do pkt 9 zaraz po wypełnieniu misji z pkt 4...
idę się opalać.
jakaś ściema i...
popapranie z poplątaniem te moje ostatnie kilkanaście miesięcy, wszystko naraz , wszystko w jednym czasie. wesele z ciążą, zakupy z porodem, ciąża z ciążą (czyli czas miedzy weselem a zakupami - tymi zakupami), macierzyństwo z małżeństwem (to najtrudniejsze), praca z macierzyństwem i małżeństwem - przy czym siły rozłożone proporcjonalnie 60%-35%-5%(czyt niezadowolony wiecznie mąż), a do tego życie prywatne w stopniu zaawansowania -10 z powodu braku czasu na mniej ważne funkcje organizmu. ciągle coś się dzieje a emocji niby brak. powinni rozdawac medale za najdłużej osiągane i najoryginalniejsze NIC dokonane w życiu,
mam wrażenie, że ze mnie nic już nie wyrośnie. no chyba ze kolejna kończyna.
a czas ucieka... nie będę używała brzydkich słów żeby opisać jak szybko, bo trzeba w myśl zasad kulturalnych i estetycznych wykropkowywać ale aż mi się ciśnie na usta. no cóż, damie nie wypada... niech ja się w dżinsy po pracy wbiję... damę na wieszak odłożę i sobie poużywam. i piwo!
obym tu po piwie nie zaglądała bo znów będę brednie wypisywać. gadam jakbym co najmniej do tej pory nic kretyńskiego nie napisała... na trzeźwo bajdełej.
mam wrażenie, że ze mnie nic już nie wyrośnie. no chyba ze kolejna kończyna.
a czas ucieka... nie będę używała brzydkich słów żeby opisać jak szybko, bo trzeba w myśl zasad kulturalnych i estetycznych wykropkowywać ale aż mi się ciśnie na usta. no cóż, damie nie wypada... niech ja się w dżinsy po pracy wbiję... damę na wieszak odłożę i sobie poużywam. i piwo!
obym tu po piwie nie zaglądała bo znów będę brednie wypisywać. gadam jakbym co najmniej do tej pory nic kretyńskiego nie napisała... na trzeźwo bajdełej.
wtorek, 9 listopada 2010
dobranoc nie jest zla....
w poziomie od 2 godzin! plan wykonany w 100%. udało mi się nie zrobić w domu niczego prócz wypicia herbaty - obecność teściowej pod nieobecność męża zobowiązuje. niewtajemniczonym wyjaśniam, że poslubieniec wybył chwilowo, zarobkowo i daleko a z potworem urzęduje jego matka i dla dobra ogółu społeczeństwa i z przyczyn technicznych zostaje na noc. Dodam tylko, że niedaleko pada potwór od potwora więc ma kobieta ciężko.
mam wrażenie że dziś wszystko się działo w zwolnionym tempie ale dzięki temu udało mi się nie oszaleć, w sumie to cudem się prześlizgnęłam...
jutro kolejna walka z dźgającym mnie widelcem i chcącym pożreć żywcem życiem więc wracam do poziomu zbierać siły

dobra noc nie jest zła
dobranoc niejestzła
do branocnie jest zła
mam wrażenie że dziś wszystko się działo w zwolnionym tempie ale dzięki temu udało mi się nie oszaleć, w sumie to cudem się prześlizgnęłam...
jutro kolejna walka z dźgającym mnie widelcem i chcącym pożreć żywcem życiem więc wracam do poziomu zbierać siły

dobra noc nie jest zła
dobranoc niejestzła
do branocnie jest zła
Subskrybuj:
Posty (Atom)


